Spis treści
- Matka Joanny Gibner walczyła o prawdę. Jej córka straciła ojca w wieku 6 lat
- Joanna wyszła za mąż na złość byłemu chłopakowi. Znajomi nie popierali ożenku
- Marek próbował udusić Joannę w noc poślubną. Teściowa zrzuciła ją ze schodów
- Mąż zgłosił zaginięcie i zaapelował w telewizji. Ukrył zwłoki w kanapie
- Sprawa opierała się na poszlakach. Sprzęt nurków zawiódł
- Odnalezienie zwłok w Dzień Matki. Ciało spoczywało w jeziorze przez 24 lata
Sprawa zaginięcia Joanny Gibner z września 1996 roku doczekała się w olsztyńskim sądzie miana „sprawy Świtezianki”, nawiązując do słynnej ballady Adama Mickiewicza. Dziennikarz Marek Książek w swoim reportażu dla magazynu „Reporter” opisywał mroczną tajemnicę ukrytą w wodzie, z którą przez lata mierzyła się matka ofiary. Młoda kobieta zginęła z rąk swojego męża, który następnie zatopił jej zwłoki w jeziorze. Gdy wydawało się, że zagadka nigdy nie zostanie rozwiązana, po 24 latach odnaleziono szczątki. Wówczas stało się jasne, że Joanna nigdy nie zaginęła, lecz została zamordowana.
Matka Joanny Gibner walczyła o prawdę. Jej córka straciła ojca w wieku 6 lat
Szczegóły tej wstrząsającej historii przybliżyła zmarłemu Januszowi Szostakowi w książce „Urwane ślady” Danuta Januszewska, matka Joanny. W chwili zaginięcia jej córka miała 23 lata. Joanna dorastała tylko z mamą, ponieważ jej ojciec zmarł nagle w wieku 39 lat. Dziewczyna miała wtedy zaledwie sześć lat, ale była z nim bardzo związana. Pamiątkowe zdjęcie taty wisiało w jej pokoju i nie pozwalała go nikomu ruszać. Gdy po jakimś czasie jej matka związała się z innym mężczyzną, córka go nie zaakceptowała. Młoda kobieta zmagała się z problemami, o których nie mówiła głośno. Od 1990 roku trzykrotnie próbowała popełnić samobójstwo, zażywając tabletki. Jak wynika z książki Szostaka, za każdym razem natychmiast mówiła o tym matce, co mogło świadczyć o tym, że szukała uwagi, a nie śmierci. Zawsze szybko wracała do zdrowia po pomocy medycznej. Autor „Urwanych śladów” wskazywał na jej niedojrzałość emocjonalną i pewne zagubienie życiowe.
W aktach sprawy odnotowano, że Joanna uchodziła w oczach znajomych za osobę inteligentną, wrażliwą, lecz zarazem nerwową, zamkniętą w sobie i buntowniczą. Zwrócono uwagę, że nigdy nie urywała kontaktu z matką i zawsze mówiła jej, gdzie jest. Była wobec niej szczera. To obalało hipotezę, że 23-latka uciekła, by rozpocząć nowe życie, porzucając matkę bez słowa.
Po ukończeniu liceum Joanna nie przystąpiła do matury, wybierając pracę zawodową. Nie stwierdzono u niej problemów z używkami. W końcu zakochała się w mężczyźnie, który nie chciał się z nią ożenić, a matka dziewczyny również nie popierała tej relacji ze względu na jego rzekome zamiłowanie do alkoholu. Choć piękna i urocza Joanna miała powodzenie, jej uczuciowe wybory okazywały się niefortunne.
Joanna wyszła za mąż na złość byłemu chłopakowi. Znajomi nie popierali ożenku
Andrzej M. spotykał się z Joanną przez trzy lata. Po rozstaniu w 1996 roku kobieta poznała na dyskotece w Dywitach o dwa lata młodszego Marka W. 21-latek z podstawowym wykształceniem pracował dorywczo i nie wyróżniał się urodą. Niemniej jednak udało mu się zdobyć serce Joanny. Ich znajomość rozwijała się w zastraszającym tempie. Po miesiącu doszło do zaręczyn, a 24 sierpnia 1996 roku wzięli ślub. Kobieta zignorowała prośby rodziny, która odradzała jej ten krok.
Jedna z przyjaciółek Joanny sugerowała, że ślub z Markiem nie był podyktowany miłością, lecz chęcią zrobienia na złość poprzedniemu partnerowi, który nie chciał się ożenić. Matka ofiary po latach przyznała, że podejrzewała córkę o podjęcie tej decyzji pod wpływem emocji po rozstaniu z Andrzejem, czym wyrządziła sobie ogromną krzywdę.
Małżeństwo zaczęło się psuć jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem. Już na weselu doszło do szarpaniny między Joanną a jej mężem oraz teściową. Wcześniej matka Marka wyrzuciła dziewczynę z domu, gdy ta zasugerowała, że rodzina męża może mieć problemy finansowe i dopuściła się wyłudzenia. Po weselnej awanturze Joanna uciekła do domu matki, ale dwa dni później Marek przeprosił ją kwiatami. Kobieta mu wybaczyła, a pani Danuta, chcąc wspierać córkę, wynajęła młodym mieszkanie w Olsztynie na ulicy Partyzantów. Kupili nawet psa.
Świadkiem na ślubie był Tomasz H., przyjaciel Marka. Jak się później okazało, mężczyzna odegrał znaczącą rolę w ukryciu zwłok, a w sądzie przyznał się do przeszłego homoseksualnego związku z oskarżonym. Według zeznań Marka, to Tomasz, zazdrosny o Joannę, namawiał go do zbrodni. Mąż twierdził, że po ślubie chciał założyć rodzinę, co nie podobało się jego byłemu kochankowi. Marek próbował obarczyć Tomasza winą, opowiadając o nakłanianiu go do orgii i wspólnym tańczeniu nago po zniknięciu Joanny. Ostatecznie Marek zasugerował, że to Tomasz zamordował jego żonę.
Marek próbował udusić Joannę w noc poślubną. Teściowa zrzuciła ją ze schodów
Historia relacji małżeńskiej obciążała jednak męża. Na weselu Marek rzucił w Joannę obrączką podczas kłótni, w której brała udział jego matka. Teściowa zrzuciła ubraną w suknię ślubną synową ze schodów. Zapłakana Joanna uciekła z imprezy do wynajętego mieszkania, dokąd niedługo potem dotarł Marek, ponownie przepraszając i prosząc o skonsumowanie małżeństwa. Noc poślubna zakończyła się próbą uduszenia i groźbami śmierci ze strony męża. Kobieta wyrwała się i opowiedziała wszystko matce, pokazując sińce i zadrapania na szyi. Pani Danuta relacjonowała, że jej córka mówiła o chęci unieważnienia małżeństwa po tym, jak mąż zacisnął jej ręce na szyi.
Pani Danuta, przebywająca wówczas w szpitalu, poprosiła córkę o odłożenie decyzji o rozwodzie. Sytuacja jednak się nie poprawiała. Marek spędzał czas z bratem i Tomaszem na piciu alkoholu, a Joanna, tracąc pracę, zaczęła spotykać się z kimś innym.
11 września para poinformowała matkę Joanny o zamiarze rozstania, jednak do rozwodu nie doszło. Po raz ostatni pani Danuta widziała córkę 13 września. Od tego momentu słuch po niej zaginął.
Śledczy, jak zaznacza autor „Urwanych śladów”, doszli do wniosku, że Joanna została zamordowana. Z ustaleń sądu wynikało, że między 13 a 16 września kobieta nie nocowała w domu. Sprowokowana pytaniami męża, przyznała się do utrzymywania kontaktów seksualnych z byłym chłopakiem, zarzucając jednocześnie Markowi nieudolność w łóżku.
W aktach sprawy zapisano, że wybuchła szarpanina. Marek rzucił Joannę na wersalkę i dusił, aż zmarła. Ofiara broniła się, drapiąc go. Po stwierdzeniu zgonu mąż, zamiast udzielić pomocy, ukrył ciało w pojemniku na pościel i posprzątał mieszkanie.
Mąż zgłosił zaginięcie i zaapelował w telewizji. Ukrył zwłoki w kanapie
Śledztwo potwierdziło, że po ślubie Joanna sypiała z byłym partnerem. Zgłoszenia zaginięcia dokonał Marek. 17 września poinformował teściową, że żona wyszła z koleżanką i nie wróciła. Rozpoczęto poszukiwania. Matka od początku podejrzewała najgorsze, argumentując to brakiem pieniędzy, które córka wzięłaby ze sobą w przypadku ucieczki. Zrozpaczona matka wspominała, że policja początkowo nie przeszukała dokładnie mieszkania, w którym na wersalce leżał mąż, podczas gdy ciało prawdopodobnie było ukryte w jej wnętrzu.
Pani Danuta uważała, że służby zlekceważyły sprawę, co opóźniło odnalezienie zwłok. Sprawa nabrała rozgłosu, pojawiła się w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, a Marek W. w telewizji z zimną krwią apelował o powrót żony. Prawda była jednak inna - to on pozbawił ją życia.
Nieoczekiwanie Marek W. wyjechał do Niemiec, twierdząc, że tam może ukrywać się Joanna. Związał się z Emilią. Konflikt między nową partnerką a rodziną Marka niemal doprowadził do ujawnienia prawdy. Matka Marka rzekomo groziła wyjawieniem mrocznego sekretu, a Emilia straszyła ją skarbówką. To właśnie nowa partnerka przyczyniła się do przełomu w śledztwie. Po pijanemu dowiedziała się od Marka, co zrobił z żoną. Dopiero po przeprowadzce do Olsztyna i doznaniu przemocy ze strony mężczyzny, Emilia zeznała na policji o losie Joanny i groźbach, jakie Marek do niej kierował. Podobne zeznania złożyła matka podejrzanego. 16 września 2003 roku policja zatrzymała Marka W. po tym, jak zabarykadował się w domu z podłączoną do prądu klamką.
Pod naciskiem dowodów Marek W. przyznał się do winy, jednak wkrótce odwołał zeznania, oskarżając policję o wymuszenie. Prawda okazała się makabryczna: udusił Joannę, spakował jej ciało do torby, dociążył ją i utopił w jeziorze. Pomagał mu w tym Tomasz, który zeznał o przenoszeniu zwłok z kanapy do samochodu, a następnie wywiezieniu ich nad Jezioro Dywickie. Marek z bratem wypłynęli pontonem na środek jeziora i tam zatopili ciało, po czym udali się na piwo.
Sprawa opierała się na poszlakach. Sprzęt nurków zawiódł
Mimo zatrzymania podejrzanych, brak ciała stanowił problem dla śledztwa. Mimo mapki sporządzonej przez Marka W., poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Emilia, obawiając się zemsty, wyjechała z kraju i wycofała zeznania, co wykluczyło je z materiału dowodowego.
Prokuratura, opierając się na innych zeznaniach i pierwotnym przyznaniu się do winy, oskarżyła Marka W. o zabójstwo. W październiku 2003 roku mężczyzna zrzucił winę na matkę i brata, wybielając swój wizerunek. Zaskakująco opisywał małżeństwo jako sielankowe, a chęć unieważnienia ślubu ze strony Joanny określał mianem „fanaberii”.
W 2006 roku nurkowie z Akademii Marynarki Wojennej znaleźli obiekt mogący być ciałem Joanny, lecz trudne warunki i przestarzały sprzęt uniemożliwiły jego wydobycie. Matka zaginionej nie traciła nadziei na odnalezienie szczątków, choć w momencie wydania książki „Urwane ślady” ciało wciąż spoczywało na dnie jeziora. Jasnowidz Jackowski niesłusznie wskazywał, że Joanna uciekła z innym mężczyzną za granicę.
9 listopada 2006 roku Marek W. został skazany na 15 lat pozbawienia wolności za morderstwo żony i znęcanie się nad rodzicami, wliczając w to oszustwa ubezpieczeniowe. Dzięki zaliczeniu aresztu, w 2018 roku był już wolnym człowiekiem. Wkrótce potem, na początku 2019 roku, zmarł za granicą w wieku 44 lat, bez udziału osób trzecich.
Odnalezienie zwłok w Dzień Matki. Ciało spoczywało w jeziorze przez 24 lata
Za współudział w ukryciu ciała i utrudnianie śledztwa, brat mordercy, Arkadiusz W., otrzymał wyrok dwóch lat więzienia. Wyrok ten przeszedł do historii polskiego sądownictwa jako jeden z pierwszych w procesie poszlakowym bez ciała ofiary. Sędzia prowadzący sprawę uznał ją za jedno z najtrudniejszych wyzwań zawodowych.
Danuta Januszewska urządziła symboliczny grób córki w jej pokoju, nie mogąc pochować choćby części jej szczątków. Przez lata podkreślała, że bez odnalezienia ciała, jej cierpienie nie ustanie.
Koszmar dobiegł końca 26 maja 2020 roku. W Dzień Matki, po 24 latach poszukiwań, nurkowie odnaleźli w Jeziorze Dywickim dociążony cegłami worek z ciałem. Badania DNA potwierdziły tożsamość Joanny Gibner. Sukces ten był wynikiem działań Fundacji Na Tropie, kierowanej przez Janusza Szostaka. W poszukiwaniach pomógł doświadczony płetwonurek Marcel Korkuś, który po kilku godzinach odnalazł w wodzie pakunek.
Matka Joanny opisała szok i potężne emocje, jakie jej towarzyszyły w momencie otrzymania informacji. Wśród odzyskanych rzeczy znalazły się przedmioty należące do córki: ślubne okulary, torebka przywieziona z Francji, dezodorant, szczotka i notes. Janusz Szostak zwrócił uwagę na tragizm sytuacji, w której największym pragnieniem matki jest odnalezienie szczątków dziecka. Ciało znajdowało się w miejscu wskazanym przez mordercę, co poddaje w wątpliwość wcześniejsze tłumaczenia służb o brakach sprzętowych. Dla rodziny jednak najistotniejsze było zamknięcie tego bolesnego rozdziału.
26 czerwca 2020 roku Joanna Gibner spoczęła w rodzinnym grobie u boku ojca. Matka położyła na nim bukiety plastikowych kwiatów, które przez 24 lata gromadziła w dawnym pokoju córki. Po latach poszukiwań, bliscy Joanny wreszcie zaznali spokoju.