Spis treści
- Ślub Joanny Gibner z Markiem W. Bliscy 23-latki odradzali małżeństwo
- Zaginięcie Joanny Gibner. Morderca ukrył ciało żony w wersalce
- Prawda o losie Joanny Gibner wychodzi na jaw. Skazany Marek W. zmarł tuż po odsiadce
- Finał poszukiwań na dnie Jeziora Dywickiego. Fundacja Na Tropie wkracza do akcji
- Upiorne znalezisko tuż przy brzegu. Wędkarze zahaczali o ciało Joanny Gibner
- Sprawa Świtezianki z Olsztyna. Ubrania ofiary przetrwały w torbie
Ślub Joanny Gibner z Markiem W. Bliscy 23-latki odradzali małżeństwo
Joanna Gibner zniknęła bez śladu w 1996 roku, zaledwie miesiąc po swoim ślubie. Męża, młodszego o dwa lata Marka W., poznała podczas dyskoteki w Dywitach. Już po miesiącu znajomości para się zaręczyła, a kolejne dwa miesiące później, w sierpniu 1996 roku, wzięła ślub. 23-letnia Joanna nie posłuchała bliskich, którzy odradzali jej tak szybkie wyjście za mąż.
Małżeństwo zaczęło się rozpadać niemal od samego początku. Małżonkowie planowali już rozwód. Pierwsze niepokojące sytuacje pojawiły się podczas wesela, kiedy 23-latka była podobno szarpana przez świeżo poślubionego męża oraz jego matkę, czyli swoją teściową. Danuta Januszewska, matka Joanny, od początku była przeciwna temu związkowi. Mimo swoich obaw zdecydowała się jednak wesprzeć młodą parę i wynajęła jej mieszkanie w Olsztynie.
Mimo napięć uroczystość ślubna i wesele odbyły się w zaplanowanym terminie. Świadkiem pana młodego został jego przyjaciel Tomasz H., który, jak później ustalono, odegrał ważną rolę w całej zbrodni. Wówczas nikt nie wiedział, że Tomasza i Marka łączyła w przeszłości relacja wykraczająca poza przyjaźń. Mężczyźni byli parą, jednak Marek, pragnąc założyć rodzinę i mieć dzieci, zakończył ten związek i postanowił poślubić Joannę. Informacje te ujawniono dopiero wiele lat później, w trakcie procesu sądowego.
Zaginięcie Joanny Gibner. Morderca ukrył ciało żony w wersalce
Do zaginięcia Joanny Gibner doszło 13 września 1996 roku. Jej matka, pani Danuta, przebywała wówczas w szpitalu. Obawiała się o bezpieczeństwo 23-letniej córki, ponieważ wiedziała, że Marek stosuje wobec niej przemoc psychiczną i fizyczną. Joanna systematycznie odwiedzała matkę w szpitalu, aż pewnego dnia niespodziewanie przestała przychodzić.
– Zięć przyszedł i powiedział, że Joasia zniknęła. Pani Danusia bardzo się zdenerwowała, ponieważ wiedziała, że córka i zięć chcieli się rozwieść. Chciała pomóc Joasi, ale poprosiła ją, żeby poczekała jeszcze kilka dni, aż wróci ze szpitala. Po zgłoszeniu zaginięcia pani Danusia pojechała z policją do mieszkania, które wynajmowała córce i zięciowi. Mężczyzna przez cały czas siedział na wersalce i nie ruszał się z miejsca. Policjanci powinni byli wtedy kazać mu z niej wstać, bo prawdopodobnie zwłoki Joasi wciąż znajdowały się wewnątrz wersalki. Mężczyzna był też podrapany. Policja powinna była zwrócić na to uwagę, ale nie zwróciła – mówi w rozmowie z „Super Expressem” Aldona Błaszczyk-Szostak, współzałożycielka Fundacji na Tropie im. Janusza Szostaka.
Ślady obrażeń na twarzy Marka W. powstały najprawdopodobniej podczas szarpaniny, w której mężczyzna udusił żonę. Po dokonaniu zabójstwa skontaktował się telefonicznie z bratem oraz przyjacielem, będącym jednocześnie jego byłym kochankiem. Po pewnym czasie mężczyźni wydobyli ciało z wersalki, umieścili je w samochodzie i przewieźli do rodzinnego domu sprawcy, gdzie ukryli zwłoki w kanale. Następnie, po zapadnięciu zmroku, Marek W. i jego brat zapakowali ciało do torby, odpowiednio ją obciążyli i wypłynęli pontonem na Jezioro Dywickie, gdzie zatopili zwłoki.
Prawda o losie Joanny Gibner wychodzi na jaw. Skazany Marek W. zmarł tuż po odsiadce
Przez wiele lat Joanny poszukiwano w całym kraju, podczas gdy jej ciało znajdowało się na dnie jeziora. Dopiero na początku lat 2000. na policję zgłosiła się kolejna partnerka Marka W. Kobieta dowiedziała się od niego, gdy znajdował się pod silnym wpływem alkoholu, co zrobił ze swoją pierwszą żoną. Już wcześniej podejrzewała, jaki los spotkał Joannę, ponieważ podczas rodzinnych awantur kilkukrotnie poruszano temat jej zaginięcia. Początkowo nie zdecydowała się jednak powiadomić funkcjonariuszy. Dopiero gdy zdobyła się na odwagę, aby zakończyć związek, w którym według jej relacji była bita i maltretowana przez partnera, przekazała policji wszystko, czego się dowiedziała.
Marek W. został zatrzymany w 2003 roku, a wkrótce potem przyznał się do zamordowania żony. W 2006 roku zapadł wyrok skazujący go za zabójstwo w procesie poszlakowym. Podczas śledztwa mężczyzna wskazał Jezioro Dywickie jako miejsce zatopienia zwłok Joanny. Poszukiwania prowadzone przez Marynarkę Wojenną zakończyły się jednak niepowodzeniem. Marek W. odbył całą orzeczoną karę i opuścił więzienie w 2018 roku. Zaledwie pół roku później zmarł. Zwłoki jego żony nadal pozostawały nieodnalezione. Rok po śmierci mężczyzny sprawą Joanny Gibner zajęła się Fundacja Na Tropie im. Janusza Szostaka, której działania odegrały kluczową rolę w późniejszym odnalezieniu szczątków kobiety.
– To była głośna sprawa, jedna z pierwszych spraw poszlakowych, w których skazano sprawcę, mimo że nie odnaleziono ciała ofiary. Mężczyzna został skazany na 15 lat więzienia i odbył ten wyrok. Mama Joasi jednak przez cały czas szukała ciała córki. Dziennikarz Marek Książek z Olsztyna znał Joannę, ponieważ pisała do gazety. Później od samego początku relacjonował sprawę jej zaginięcia. W końcu zgłosił się do nas i powiedział do mojego męża: „Słuchaj, Janusz, ty masz fundację, która zajmuje się poszukiwaniem osób zaginionych. Może zająłbyś się również tą sprawą? Mama szuka swojej córki od ponad 20 lat i nikt nie jest już w stanie jej pomóc. W tobie ostatnia nadzieja”. I tak to się zaczęło – mówi Aldona Błaszczyk-Szostak, współzałożycielka Fundacji na Tropie im. Janusza Szostaka
Finał poszukiwań na dnie Jeziora Dywickiego. Fundacja Na Tropie wkracza do akcji
Fundacja Na Tropie podjęła pierwsze poszukiwania Joanny Gibner w 2019 roku. Akcję komplikowały jednak wyjątkowo trudne warunki w Jeziorze Dywickim. Dno zbiornika pokrywała gruba warstwa mułu, widoczność pod wodą była niemal zerowa, a sytuację dodatkowo pogarszały niesprzyjająca aura i letni zakwit roślinności wodnej. Ostatecznie konieczne było przerwanie poszukiwań.
- Mama wiedziała, że zwłoki Joanny znajdują się w jeziorze, ponieważ sprawca, czyli jej mąż, wskazał miejsce ukrycia ciała w ortalionowej torbie. Wiedziała też, że nie spocznie, dopóki nie odnajdzie córki i nie pochowa jej w rodzinnym grobie, obok zmarłego ojca Joanny. Poszukiwania rozpoczęliśmy w 2019 roku. Przeszukiwanie Jeziora Dywickiego zaplanowaliśmy na siedem dni. Prowadziliśmy badania sonarem, który wskazywał punkt, gdzie znajdowała się torba z ciałem Joanny. Ten sam punkt był wcześniej widoczny podczas poszukiwań prowadzonych przez Marynarkę Wojenną. Jednak tamte działania odbywały się zimą i zakończyły się niepowodzeniem.
Do poszukiwań powrócono w 2020 roku. Na podstawie odczytów sonaru i mapy znajdującej się w aktach sprawy Joanny Gibner, do których dostęp uzyskała fundacja Janusza Szostaka, wyznaczono prawdopodobne miejsce zatopienia torby ze zwłokami. W działaniach uczestniczył m.in. Marcel Korkuś, płetwonurek i oficer Marynarki Wojennej. Zespół poszukiwawczy, w tym ratownicy WOPR, pojawił się nad jeziorem 26 maja, w Dzień Matki. Jeszcze tego samego dnia, około godziny 17, płetwonurek natrafił na dnie jeziora na poszukiwaną torbę.
- Pływając po jeziorze Marcel był wyposażony m.in. w magnes dymny. Ten magnes w pewnym momencie zaczepił się o tę torbę, bo była ona obciążona między innymi elementami metalowymi oprócz cegieł. Było to jednak bardzo zamulone jezioro i po zanurkowaniu w tym miejscu nie było widoczności. O odkryciu zawiadomiona została policja, ale że już było późno, akcja przełożona została na następny. Z samego rana przyjechali na miejsce funkcjonariusze, prokurator, a także strażacy z Olsztyna. Byliśmy tam także my. Torbę tę udało się delikatnie wydobyć, gdyż ze względu na to, ile tam przeleżała, zaczęła ona pękać – tłumaczy Aldona Błaszczyk-Szostak.
Upiorne znalezisko tuż przy brzegu. Wędkarze zahaczali o ciało Joanny Gibner
Okazało się, że odnaleziona torba zawierała zwłoki Joanny, które sprawca przeciął na pół, aby ułatwić ich zapakowanie. Wbrew zeznaniom męża kobiety torba nie znajdowała się jednak na środku jeziora. Spoczywała wśród szuwarów, zaledwie niedaleko brzegu. Po wydobyciu zauważono na niej ślady pozostawione przez haczyki wędkarskie. Część haczyków nadal tkwiła w materiale. Choć ciało znajdowało się tak blisko brzegu, przez ponad dwie dekady nikt go nie odnalazł.
- Przez 24 lata wędkarze łowili ryby tuż obok jej zwłok. Były one ukryte tak blisko brzegu. Sprawca zatopił ciało około północy, kiedy było już ciemno. Mąż Joasi wypłynął pontonem, a jego brat asekurował go sznurkiem do prania czy czymś podobnym. Myśleli, że dotarli na środek jeziora, a w rzeczywistości znajdowali się niedaleko brzegu. W momencie zatapiania ciała ponton się poruszył i omal nie przewrócił. W aktach sprawy można było przeczytać, że kiedy sprawca wyszedł na brzeg, stwierdził, że sam niewiele brakowało, a by sam się utopił. Po wszystkim pojechali na piwo, żeby uczcić to, co zrobili. To jest straszne. Totalny cynizm i sarkazm – dodaje Aldona Błaszczyk-Szostak.
Sprawa Świtezianki z Olsztyna. Ubrania ofiary przetrwały w torbie
Pomimo wielu lat spędzonych pod wodą ciało Joanny, jej odzież i torebka były bardzo dobrze zachowane. Wśród rzeczy znajdujących się w torebce były m.in. okulary, widoczne również na fotografiach kobiety rozpowszechnianych w czasie jej poszukiwań.
– Kurtka, torba, różne akcesoria, grzebień, dezodorant czy okulary – wszystko to zachowało się w bardzo dobrym stanie. Były tam również pozostałości tkanek i materiału biologicznego, a także buty i skarpetki. Zobaczyłam ciało, na którym wciąż były spodnie i pasek w talii jak na manekinie sklepowym. To był koszmar. Cieszę się, że mama Joasi, pani Danusia, nie musiała tego oglądać. Dodatkowo, stojąc nad jeziorem, widać kościół. Obok znajduje się cmentarz, na którym pochowany jest mąż Joasi. Tak blisko. Mama nigdy nie mogła pojąć, że zabójca jej córki ma własny grób, został godnie pochowany, a jej córka przez tyle lat spoczywała w jeziorze – tłumaczy Aldona Błaszczyk-Szostak.
Sprawa Joanny Gibner była określana w olsztyńskim sądzie mianem „sprawy Świtezianki”, co stanowiło nawiązanie do słynnej ballady Adama Mickiewicza. Przydomek ten odnosił się do mrocznej tajemnicy, którą przez wiele lat skrywały wody jeziora. Matka Joanny przez cały ten czas wiedziała, że jej córka padła ofiarą zabójstwa dokonanego przez męża, jednak nie mogła urządzić jej godnego pochówku. Dopiero w 2020 roku szczątki Joanny złożono w rodzinnym grobie, obok jej ukochanego ojca.